A tak serio to nie lubię, szczegolnie, że większość z nich mnie przerasta. Jednak jak zwykle, ktoś musi i jakoś nie widzę, żeby ktokolwiek sie garnął. Czemu nie umiem obojętnie przejść obok spraw, które prawie w ogóle mnie nie dotyczą? Czemu zawsze się przejmę? Tak już pewnie zawsze będzie, będę się przejmować, martwić bo inaczej nie umiem. Nie byłabym sobą, gdybym coś zostawiła, nie podjęła jakiejkolwiek walki, nawet jeśli z góry jest przegrana. Bo mi ciężko uwierzyć jest w porażkę, chyba nie umiem jej znosić. Bo chcę wierzyć, że nawet, kiedy mamy przed sobą zamknięte drzwi, to gdzieś tam może być otwarte okno, lub ktoś nierozsądnie zostawi klucz pod wycieraczką. Tylko to czasem męczące szukanie okien i porzuconych kluczy, kiedy trzeba ich znaleźć bardzo dużo, bo nagle okazuje sie, że pół świata spada Ci na głowę...
A świat jest taki wielki, a ja taka malutka...
Ostatnie wydaje mi się, że wszystko zawalam, zawodzę, nic nie robię i nie wiem jak znów wrócić do szyszki, która przenosi góry, zbiera gwiazdki z nieba i rozwiązuje rzeczy niemożliwe od ręki a cuda załatwia w ciągu tygodnia. Potrzebuję silnego wiatru w żagle, lub jak ktoś woli porządnego kopa w tyłek, choć wolę jednak zbawienny podmuch...
Najwyższy czas powalczyć z jesiennym marazmem