wtorek, 8 grudnia 2009

Koniec świata

Czasem odtwórczość, jest lepsza niż twórczość
Czasem za odtwórczością można się lepiej schować
Czasem też słowa, które chcemy napisać są zbyto osobiste, żeby nimi się dzielić więc lepiej jest się zasłonić na chwilę
Oto więc moja mała zasłona. Naprawdę mała.

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Czesław Miłosz

poniedziałek, 30 listopada 2009

Bardzo lubię kiedy muszę trzymać w ryzach milion rzeczy na raz

A tak serio to nie lubię, szczegolnie, że większość z nich mnie przerasta. Jednak jak zwykle, ktoś musi i jakoś nie widzę, żeby ktokolwiek sie garnął. Czemu nie umiem obojętnie przejść obok spraw, które prawie w ogóle mnie nie dotyczą? Czemu zawsze się przejmę? Tak już pewnie zawsze będzie, będę się przejmować, martwić bo inaczej nie umiem. Nie byłabym sobą, gdybym coś zostawiła, nie podjęła jakiejkolwiek walki, nawet jeśli z góry jest przegrana. Bo mi ciężko uwierzyć jest w porażkę, chyba nie umiem jej znosić. Bo chcę wierzyć, że nawet, kiedy mamy przed sobą zamknięte drzwi, to gdzieś tam może być otwarte okno, lub ktoś nierozsądnie zostawi klucz pod wycieraczką. Tylko to czasem męczące szukanie okien i porzuconych kluczy, kiedy trzeba ich znaleźć bardzo dużo, bo nagle okazuje sie, że pół świata spada Ci na głowę...
A świat jest taki wielki, a ja taka malutka...
Ostatnie wydaje mi się, że wszystko zawalam, zawodzę, nic nie robię i nie wiem jak znów wrócić do szyszki, która przenosi góry, zbiera gwiazdki z nieba i rozwiązuje rzeczy niemożliwe od ręki a cuda załatwia w ciągu tygodnia. Potrzebuję silnego wiatru w żagle, lub jak ktoś woli porządnego kopa w tyłek, choć wolę jednak zbawienny podmuch...
Najwyższy czas powalczyć z jesiennym marazmem

czwartek, 5 listopada 2009

Cześć. Lubisz jazz?

Czyli jesieni i zimy, część nie wiadomo która.
Nie wiem ile razy już to powtarzałam, chyba nikt tego nie policzył, ja sama również się nie pofatygowałam, ale naprawdę, naprawdę naprawdę, bardzo, ale to bardzo nie chcę jesieni, ani zimy w tym roku! O cholercia ile przecinków w jednym zdaniu :D Niejeden polonista właśnie schodzi na zawał pewnie :P

Czuję sie ostatnio trochę mało produktywna, nic nie robię... Pewnie, że niby zawsze znajdzie się coś do roboty, ale moim problemem jest to, że lubię robić rzeczy, które, no cóż sprawiają mi frajdę. A innych staram się po prostu nie robić. Więc siedzę teraz bezproduktywnie przed laptopem oglądam 5 już dziś odcinek Housa, wchłaniam w siebie kolejne dawki sarkazmu i ironii. Cóż to na pewno bardziej pasjonujące niż taśma celulidowa :P

wtorek, 27 października 2009

punkt wyjścia

Czasami dobrze jest wrócić do punktu wyjścia, miejsca, sytuacji które kiedys bardzo dobrze znaliśmy. Po to, żeby spojrzeć na siebie z dystansem, zobaczyć to z czego jesteśmy dumni, jak i to z czego nie jesteśmy. Czułam się dziś cudownie siedząc dokładnie w tym samym miejscu i o tej samej porze co dwa lata temu. Ale za razem tak totalnie inna, tyle rzeczy się zmieniło, robiłam wiele tak cudownych rzeczy, które kiedyś przez głowę mi by nie przeszły. Myślę, że ja sprzed dwóch lat byłaby dumna ze mnie terazniejszej. Popełniłam masę błędów, ale one są tylko moje, to mnie one zabolały i mam nadzieję, że wyciągnęłam z nich nauczkę. Patrząc na te moje zmiany, to widzę, że sporo zmieniło się na plus, mam nadzieję, że utrzymam taką tendencję, bo to sprawia mi, że z niepoprawnym optymizmem czekam na to co mnie teraz spotka.

A tak poza tym to żyję, mam się dobrze :D

poniedziałek, 14 września 2009

na chwilę

ekhem ekhem. Jestem, żyję i piszę znów. Wakacje to dla mnie czas magiczny odcinam się od wielu rzeczy, po to by po intensywnym roku znaleźć się na nowo i dojść do banalnych wniosków do których miliony ludzi doszło już przede mną. Ale jak to mawiają lepiej późno niż wcale i cieszę się, że w ogóle dochodzę do jakiś wniosków pomimo mojego cholernego natłoku myśli w głowie. Zdecydowanie myslenie o zbyt wielu rzeczach na raz zaburza percepcję i normalne myślenie. Jednak skoro nic we mnie nie jest i nie było normalne to i do powolnego jarzenia też muszę sie przyzwyczaić.

Jednak teraz pozwolę sobie wrócić do jakże wymownego i górnolotnego tytułu notki. Wcześniej mino, że gdzieś tam o tym wiedziałam to nie zdawałam sobie z tego sprawy tak dobitnie, jak wiele w tym życiu mamy na chwilę. W sumie każda nasza minuta jest w jakimś sensie pożyczonym czasem. Myślę, że każdy kto koło nas jest, wszystko co się dzieje, nawet my sami jesteśmy tu na chwilę. Dziś przy okazji jednego słowa tak do mnie to dopadło... Życie jako rzecz pożyczona... ile razy pożyczamy coś od kogoś, trzymamy nie wiadomo ile czasu, a tak naprawdę ani razu tego nie użyjemy? ile razy nie mamy w ogóle ochoty oddawać rzeczy pożyczonych? ile razy my pożyczymy coś, czego już nigdy nie dostaniemy z powrotem? jak często trzymasz tyle czasu pożyczone rzeczy, że tratujesz je jak własne? Z tym pożyczaniem jest tak, że genialnie opisuje nasze życie. Początkowe fascynacje, niezdrową chęć posiadania, zapomnienie, prawdziwą radość, przywiązanie...

Nie no dobra mam świadomość, że troche dorabiam ideologię do moich porytych myśli, lecz wydaje mi się, że naprawdę w tym coś może tkwić.

Pozdrowienia od tradycyjnie nieopalonej powakacyjnej szyszki XD

środa, 3 czerwca 2009

sesja

Ach jak ja kocham ten czas :D Nagle okazuje się, że w koło mnie świat jest tak ciekawy i fascynujący, że nie mam czasu na naukę. Jest przecież tyle innych pożyteczniejszych rzeczy, jak chodzenie po lumpeksach, włóczenie się po mieście, siedzenie na naszej klasie, wykopie, zakładanie sobie konta na facebooku, twitterze i innych pierdołach. No, że nie wspomnę, że nagle okazuje się, że właśnie leci naprawdę fascynujący odcinek Klanu, Złotopolskich, czy czegoś innego :D Albo, że właśnie dostaliśmy wszystkie sezony House/Dextera/Skins/Scrubs/Family Guya/Simpsonów*... Ogółem wykryłam u siebie przed sesjowy trend, że im bardziej się zbliża, tym większą mam ochotę rzucić te studia w cholerę. Mam tylko nadzieję, że jak naprawdę będę musiała wszystko zaliczyć, to zepnę swoje szanowne poślady i przysiądę wreszcie do książek...
Ale jak to mawiają nadzieja matką głupich, ale chyba każda matka kocha swoje dzieci, prawda?
No to lecę, bo jestem szalenie zajęta poznawaniem facebooka :D:D



Ps. Jakbyście chcieli wpaśc w jakąś dziurę czasoprzestrzenną to polecam demotywatory.pl ;p

*niepotrzebne skreślić

wtorek, 28 kwietnia 2009

Na bosaka do manufaka :D

Tak więc jak widać na zdjęciu poniżej poznałam organoleptycznie Łódź, a ściślej mówiąc Piotrkowską i Manufakturę. Z Kubą i Ciachem postulowaliśmy o uwolnienie stóp, zrzucenie niepotrzebnego obuwia. Tańczyliśmy a pan przygrywał nam na trąbce, chcieli nas wyrzucić z bramy, którą oglądaliśmy bo to "teren prywatny". Ale tak naprawdę uwielbiam podejmować decyzje w momencie wypowiadania słów na głos, robić rzeczy tylko dlatego, że mogę. Oddawać się czystemu szaleństwu bez reszty, czuć że żyję prawdziwie, a nie tylko egzystuję.
Pozdrawiam :)

Ps. Słonica Magda zaprasza do Łódzkiego ZOO :D